Z długiego tournee po Austrii i Niemczech wrócił Teatr Wielki. Zespół, wraz z naszymi i zagranicznymi solistami, prezentował tam „Nabucco”, „Evitę” i „Carmen”. Rewelacyjne oceny i huragany braw jako Micaela w dziele Bizeta zbierała Dorota Wójcik.
- Zwykło się mówić o Carmen i Don Jose, a Micaela, jego wiejska narzeczona, zostaje w tle.
– U nas tak jest, dlatego byłam nawet trochę zakłopotana, kiedy przywoływano mnie na scenę – mówi Dorota Wójcik.
– Po drodze do ukłonów myślałam: przecież to nie ja byłam najważniejsza. Ale też takie sytuacje pozwalają wierzyć, że nasza praca ma sens. Graliśmy w plenerach, dla kilkutysięcznej widowni. Na każdym spektaklu padał deszcz, a publiczność nie opuszczała miejsc. Bywało, że orkiestra musiała przerwać granie, a widzowie w pelerynach czekali na ciąg dalszy.
- Micaela towarzyszy pani od pierwszego wejścia na scenę.
– Studiowałam w łódzkiej Akademii Muzycznej. Prof. Romanowska poszła do dyrektora Pietrasa z prośbą o przesłuchanie jej studentów. Właśnie pod muzycznym kierownictwem Wojciecha Michniewskiego realizowano „Carmen”. Debiut (z ręką w gipsie) był szczęśliwy. Nagle dostałam tak wiele. To były jeszcze lata studenckie i nikt z nas nie myślał o pracy zawodowej. Ten sen trwał trzy lata. Potem do teatru przyszedł dyrektor Wicherek, dostałam rolę Małgosi w „Jasiu i Małgosi”. A teraz koło się zatoczyło – pojawają się ci sami ludzie, z których decyzjami wiąże się tyle dobrego w moim życiu. W Poznaniu u dyrektora Pietrasa byłam Micaelą, Antoni Wicherek przekonał mnie, że nie powinnam rezygnować z partii Zofii w nowej łódzkiej „Halce”, a z Wojciechem Michniewskim właśnie pracuję nad „Hrabiną” (partia Broni), którą radiowa „Dwójka” przedstawi w Studiu S 1 w Warszawie 15 września.
- Życie zawodowe zaczęło się dla pani całkiem niespodziewanie, ale satysfakcjonująco.
- Tak naprawdę nie bardzo myślałam o operze. Interesowało mnie śpiewanie jazzowe. Uwielbiam tematy swingowe, musicalowe. Przygotowałam właśnie materiał na płytę, ale jak tu pozyskać sponsora?
- Micaela zdaje się bardzo bliska pani naturze.
– Było to szczególnie ważne w chwili debiutu. Ona jest skromną, wstydliwą dziewczyną, a łatwiej zagrać postać, z którą czuje się więź psychiczną. Nie wiem już ile razy ją zaśpiewałam. Ciągle pamiętam, że tu nie wolno zgubić naturalności. Ale z każdym kolejnym Jose jest coś nowego.
Dopasowując się do niego nie zawsze mogę być słodkim dziewczęciem. Podczas tournee śpiewał Argentyńczyk z ognistym temperamentem. Cieszę się, że choć mija 10 lat od mojej pierwszej Micaeli wciąż mogę ją śpiewać. Teraz czekają nas przygotowania do premiery „Carmen”. Dla mnie to już trzecia. W styczniu teatr wyruszy z nową inscenizacją na kolejne zagraniczne tournee.
- Kiedy odpocznie pani przed nowym sezonem?
– Do „Hrabiny” nie mam szans. A później? Premiera „Carmen”. Nie uda mi się wyjechać na wakacje z córką i mężem (kontrabasista w orkiestrze opery). Ale to wspaniale mieć dużo pracy, zachować zdrowie, a nade wszystko czuć rodzinne ciepło.
Autor artykułu: renata sas