Stało się. Łódzcy piekarze pierwszy raz od ponad dwóch lat głębiej sięgną do kieszeni zwykłych zjadaczy chleba. Już od poniedziałku zaczną podnosić ceny pieczywa. Najtańszy bochenek z mąki pszenno-żytniej za 1 zł zł lub 1,60 zł, będzie kosztował od 1,20 zł do 1,80 zł. Bułka poznańska, pieszczotliwie zwana „dupką” zdrożeje z 40 gr do 45 gr. Podwyżkowe tornado przewróci do góry nogami wszystko, co powstaje z mąki, wody i zakwasu.
Średnio o 15 proc. podskoczą ceny kajzerek, grahama, razowca, żytniego, wiejskiego, angielek. Podrożeje cała drożdżowa i słodka galanteria, z pączkami włącznie. Tylko w sklepach należących do konkretnej piekani ceny pieczywa z tejże piekarni będą trochę niższe.
To będzie bolało
Powód cenowego ruchu w górę, który na pewno nie spodoba się łodzianom, jest jeden: w ciągu niespełna miesiąca hurtowa cena kilograma mąki skoczyła z 66 gr najpierw do 80 gr, a następnie do złotówki.
Piekarze jasno stawiają sprawę: – My nie chcemy wykorzystać sytuacji z nieprzyzwoicie drogą mąką i podnieść cenę chleba o 50 procent, ale nie możemy obiecać, że będzie on dalej kosztował tyle samo – powiedział Janusz Lichocki, wiceprezes Produkcyjno-Handlowej Spółdzielni Spożywców przy al. Piłsudskiego.
Podwyżkowa operacja będzie bolesna dla 800 tysięcy mieszkańców łódzkiej aglomeracji, którzy codziennie kupują 200 ton (!) chleba. Ale może być wręcz zabójcza dla najbiedniejszych, dla których chleb jest podstawowym pożywieniem. W Łodzi dotyczy to około 160 tysięcy osób!
Każda z nich, żeby przetrwać, zjada dziennie przynajmniej jeden 600-gramowy bochenek, z tych najtańszych oczywiście.
Ewa Rachalewska, właścicielka piekarni przy ul. Janiny ma wielu takich klientów:
– Oni codziennie pytają, czy będzie ta podwyżka i jak duża. Głównie są tym przestraszeni starsi ludzie, bo przecież emerytury im nie podniosą. Nawet jak chleb zdrożeje tylko o 20 gr i jakaś bidula kupi jeden bocheneczek dziennie, to miesięcznie będzie musiała wydać o 6 zł więcej niż dotychczas. Żal mi ich, boję się tej podwyżki, ale co mam zrobić? Dosypywać trocin?
– Wyższe ceny pieczywa to dla mnie śmiertelne zagrożenie – Jan Cygan, właściciel piekarni przy ul. Zielonej jest głęboko poruszony koniecznością wprowadzenia podwyżki cen na swoje wyroby. – Dlaczego? Ano dlatego, że ja produkuję pieczywo bardzo tradycyjne. Mam swoich wiernych klientów, jednak nie jest ich aż tak wielu, żebym mógł bez oglądania się na ich kieszenie szaleć z cenami. Dla mnie zła decyzja może być zgubna. I choć to nie my kombinujemy z cenami surowca, ale możemy stać się chłopcami do bicia, bo to my robimy chleb i ludzie u nas zostawiają pieniądze.
Kto oczyścił magazyny?
Decyzja o podwyżce zapadła wczoraj na posiedzeniu łódzkiego Cechu Piekarzy. Dzień wcześniej paru z nich przez kilka godzin przekonywało reportera „Expressu Ilustrowanego”, że będą musieli podnieść ceny, bo przystawili im pistolet do głowy… spekulanci zbożowi. Pierwszy raz od kilkunastu lat okazało się, że wiele prywatnych magazynów i elewatorów, w których powinny znajdować się należące do państwa rezerwy zboża, jest… pustych!
Mirosław Stefaniak, właściciel piekarni przy ul. Gładkiej twierdzi, że za tym kryje się jakiś grubszy szwindel, że to zboże ktoś zachomikował, żeby uruchomić lawinę podwyżek cen. Numer się udał, bo w ciągu dwóch tygodni pszenica zdrożała z 470 zł do 560 zł za tonę, a mąka z 620 do 750 zł za tonę. Piekarz musi teraz płacić młynarzowi 20 gr więcej za każdy kilogram. Na końcu tego zwariowanego cyklu znalazł się klient piekarza, który będzie musiał więcej płacić za chleb.
Karol Olszański, współwłaściciel piekarni MAXI przy ul. Kowalskiej ma na deser jeszcze większą sensację:
– My tu ciągle mówimy o pszenicy, ale żeby upiec zwyczajny chleb, którego łódzki rynek potrzebuje najwięcej, potrzebne jest żyto. I tu jest dramat, bo żytniej mąki trzeba ze świecą szukać. Gdzie się ona podziała?
Piekarze z kpiną w głosach komentują rozpowszechnianą ostatnio informację, że państwowe zapasy pszenicy i żyta zeżarły przez zimę świnie.
– Owszem, świnie, tylko na dwóch nogach. I nie zeżarły, tylko „skręciły”, żeby nabić sobie kabzy – nie wytrzymuje jeden z najbardziej zdesperowanych uczestników spotkania.
Bezzbożna agencja
Proszący o anonimowość młynarz z miejscowości oddalonej od Łodzi o 82 kilometry potwierdza wszystkie proroctwa i obawy piekarzy. Jego zdaniem, kryzys zbożowo-mączno-chlebowy wyrósł w Agencji Rynku Rolnego, która została stworzona w 1990 roku, żeby do podobnej sytuacji nie dopuścić.
– Przecież to żadna tajemnica, że Agencja pozawierała umowy z różnymi cwaniakami na przechowywanie państwowych rezerw zbóż, którzy nie dość, że brali po 6 zł miesięcznie za każdą przechowywaną tonę ziarna, to jeszcze sprzedawali nie swoją pszenicę, gdy jej cena szła w górę. Na przykład w marcu mogli za tonę dostać 500 zł. Znam takich, którzy mieli w elewatorach 10 tysięcy ton, a zostało im 2 tys. ton. Jak się z państwem rozliczali? To proste! Czekali do następnych żniw i „odkupywali” brakujące 8 tys. ton po 400 zł, prosto – jak to się mówi – od chłopa. Zarabiali po 100 zł od tony za friko. Interes kwitł latami, aż do teraz.
Gdyby w tę ostrą i długą zimę zboże u chłopów nie pogniło i nie poszło na skarmianie świń, ani ja, ani inni młynarze nie zwróciliby się do Agencji o sprzedaż pszenicy na mąkę.
I wylazło szydło z worka. Okazało się, że kilkaset tysięcy ton państwowych zapasów pszenicy, żyta, kukurydzy i czego kto chce, poszło do przysłowiowego Żyda. Czytam o jakimś panu Bondzie, który spylił 12 czy 13 tys. ton zboża i śmiać mi się chce. Przecież takich Bondów w każdym województwie jest przynajmniej kilku. W Łódzkiem też są. Niech pan kiedyś przyjedzie, to przy kielichu panu powiem, kto za tym wszystkim stoi. Między innymi stoją ci, co namawiali skołowanych rolników do wysypywania zboża na tory. Teraz powinni wziąć ich za tyłki, dać łopaty, kazać wysypane zboże pozbierać i przywieźć mi do młyna, bo za chwilę nie będę miał worka mąki.
Jak nie będą, to też będą…
Maciej Staszewski z Agencji Rynku Rolnego dziwi się nerwowym poczynaniom piekarzy i młynarzy: – Mamy jeszcze 550-600 tys. ton pszenicy, więc po co ta panika. W tym tygodniu, w środę i czwartek, wystawimy na giełdy towarowe łącznie 100 tys. ton, a w przyszłym tygodniu 150 tys. ton w cenie wywoławczej 515 zł za tonę. ARR zapasów nie zabraknie, a jakby zabrakło, sprowadzimy pszenicę z Niemiec i znów będą. Żyto też wystawimy do przetargu po 485 zł za tonę.
Przedstawiciel ARR przyznał, że nie wie także tego, ile tak naprawdę zniknęło państwowego zboża powierzonego na przechowanie prywatnym „operatorom” – jak nazywa biznesmenów od magazynowaania ziarna. Wie jedynie, że po ostatnich żniwach zachomikowali oni aż 1,5 mln ton. Właśnie trwa sprawdzanie, jaka ilość tego morza zboża „wsiąkła” w spekulacyjną glebę.
– Poza Ryszardem Bondą (wypisał się już z Samoobrony), który nielegalnie obrócił 12.711 tonami pszenicy, mamy na liście podejrzanych kilka nowych nazwisk. Będziemy domagali się od nich zwrotu mienia ARR i kar przewidzianych za wyłudzenia – dodał na pocieszenie Maciej Staszewski.
Kogo chciał pocieszyć? Łódzkich piekarzy, którzy za podwyżkę cen pieczywa mogą zapłacić utratą wielu klientów? 160 tysięcy najuboższych łodzian za pozbawienie ich sześciu bochenków chleba w miesiącu? A może sam chleb, który przez to, że dotknęły go łapy spekulantów, utracił swą świętość?
Autor artykułu: Bohdan Dmochowski