Zanim zdecydują się zrealizować plany, starają się zgromadzić o swojej ofierze jak najwięcej informacji. Poznają jej harmonogram dnia, przyzwyczajenia, interesuje ich, jaki posiada majątek, samochody, trasy przejazdu i wiele innych spraw. Zasadzki przygotowują zwykle niedaleko miejsca zamieszkania osoby, którą zamierzają porwać.
Akcja w lesie
Do porwania 14-letniego Oriana, który na wakacje do Zgierza przyjechał z dalekiego Londynu, doszło w lipcu ubiegłego roku, gdy chłopiec w towarzystwie dwóch znajomych jechał mercedesem ul. Piątkowską w Zgierzu. W pobliżu ul. Piłsudskiego podjechało do nich audi i gdy samochody się zrównały, kierowca audi gwałtownie odbił w prawo.
Uderzył w bok wyprzedzanego samochodu i szybko odjechał. Mercedes pojechał jednak za nim. Audi skręciło w betonową drogę wiodącą do Malinki, wjechało później w las i zatrzymało się. Gdy podjechał mercedes, z audi wyskoczyli dwaj uzbrojeni mężczyźni, trzej inni wybiegli z zarośli. Wszyscy mieli zaciągnięte na twarz pończochy. Napastnicy powalili na ziemię kierowcę mercedesa, jego 14-letniego pasażera i skrępowali ich taśmą samoprzylepną.
Chłopcu zarzucili na głowę szmatę i zaciągnęli do swojego samochodu. Położyli go na podłodze przed tylnym siedzeniem i ruszyli z piskiem opon. Po 10 minutach kierowca mercedesa uwolnił się z więzów i powiadomił rodzinę porwanego dziecka.
Chłopiec w niewoli przeszedł prawdziwe piekło. Przez 18 dni był więziony w komórkach, piwnicach, wożony w bagażniku samochodu, bity i przypalany ogniem. Bandyci uwolnili go dopiero wtedy, gdy jego rodzina zapłaciła im 1 mln zł okupu. – Ustaliliśmy, że chłopca porwała cygańsko-polska grupa przestępcza. Podejrzewamy, że w jej składzie był m. in. kierowca mercedesa, który wiózł chłopca – mówi detektyw Waldemar Czerwiński, który na prośbę rodziców porwanego dziecka włączył się do negocjacji z porywaczami.
Grozili, że pójdzie „do piachu”
Bandyci zanim zdecydują się na popełnienie przestępstwa, przygotowują też samochody, którymi będą się poruszać, środki łączności, charakteryzacji, strój, broń oraz miejsce, w którym będą przetrzymywali swoją ofiarę. Wybór miejsca i godziny porwania nie jest bynajmniej przypadkowy. Jest to na ogół miejsce mało uczęszczane, które można opuścić w krótkim czasie.
27-letni Cygan z Pabianic porwany został na początku lutego tego roku z ul. Grota-Roweckiego w Pabianicach, gdy około godz. 18 wyszedł z siłowni w klubie „Włókniarz”.
Bandyci więzili go w budynku na odludziu, przez cały czas miał skute ręce i nogi. Jedzenie podawno mu w małych, plastikowych miskach. Faszerowany był lekami uspokajającymi i nasennymi.
Porywacze bili go i grozili, że „pójdzie do piachu”, jeżeli rodzina nie zapłaci okupu. Zanim dwudziestosiedmiolatek odzyskał wolność, stracił około 25 kg wagi.
– Osoba porwana jest zazwyczaj traktowana bardzo bezwzględnie. Przetrzymywana jest w zupełnych ciemnościach, głodzona, bita, ma skrępowane ręce i nogi. Przeżywa horror i gdy zostanie uwolniona, przez długi czas nie może odzyskać równowagi psychicznej – mówi detektyw Waldemar Czerwiński.
Zakonspirowane szajki
Porwaniami ludzi trudnią się przeważnie kilkuosobowe, świetnie zorganizowane szajki. Działają one w konspiracji. Zwykle tworzą je 25-30-letni mężczyźni, którzy mają już za sobą kilkuletni pobyt w więzieniu. W grupach obowiązuje hierarchia i podział ról.
Zadaniem jednych jest porwać ofiarę i przewieźć ją w miejsce, z którego zostanie przetransportowana dalej. Inna grupa ma bezpiecznie przewieźć ofiarę w miejsce, gdzie będzie przetrzymywana. Trzecia grupa zajmuje się pilnowaniem osoby porwanej. W skład czwartej wchodzą specjaliści od negocjacji.
Z rodziną porwanego bandyci zazwyczaj kontaktują się telefonicznie. Dzwonią z automatów wrzutowych lub telefonów komórkowych, których nie można zidentyfikować.
Do porozumiewania się z rodziną porwanego używają też kaset magnetofonowych. Nagrywają na nich instrukcje odnośnie postępowania i przekazania okupu. Kasety są podrzucane w różnych miejscach, np. w budkach telefonicznych, w urzędach pocztowych i w koszach na śmieci.
Zdarza się, że rodzina z obawy o życie porwanego, nie powiadamia policji i na własną rękę próbuje dogadać się z bandytami. Prowadzi to do eskalacji żądań. Po zapłaceniu okupu rodzina zwykle musi płacić ponownie, nie mając pewności, czy porwany żyje i odzyska wolność.
„Fakuś” i jego banda
Jeszcze do niedawna czterdziestokilkuletni „Fakuś”, spędzał sen z oczu łódzkim policjantom. Wpadł, gdy z kompanami porwał właściciela stacji benzynowej w Chechle koło Pabianic.
Biznesmen został uprowadzony trzy lata temu ze swojej stacji paliw. Trzej ubrani na czarno sprawcy podjechali starym żukiem na kaliskich numerach rejestracyjnych, wciągnęli go do auta i odjechali w nieznanym kierunku.
Sprawą początkowo zajęła się Komenda Powiatowa Policji w Pabianicach, później Wydział Kryminalny Komendy Wojewódzkiej. W Sokołówce koło Tomaszowa Mazowieckiego zatrzymano opla rekorda, którym jechał „Fakuś”. Na tylnym siedzeniu auta leżał zakuty w kajdanki właściciel stacji benzynowej. Na głowę miał zarzucony worek. Wyglądał jak szkielet.
Bandyci więzili go w drewnianym domku na terenie gospodarstwa rolnego we wsi koło Żelechlinka. Za jego uwolnienie żądali kilkaset tysięcy dolarów.
Autor artykułu: (em)