Prądem w piwne brzuszki

May 12th, 2003

Pokaz gimnastyki dla grubasów, zabiegi komputerowego modelowania sylwetki, ujędrniania pośladków, wykład o problemach otyłości oraz występ Danieli Zabłockiej wypełniły Dzień XXL na targach urody w Łodzi.

W dobre humory nie tylko grubasów wprowadziła Daniela Zabłocka. Pośpiewała, a następnie komentowała zabiegi dla puszystych: elektrostymulację i ujędrnianie pośladków. Odsłonięte pośladki modelki, podłączone do prądu, śmiesznie podskakiwały, a Daniela zachęcała panów:

– Nie bać się, bo nie boli. Podłączymy was do prądu i zamiast pupki wymasujemy piwne brzuszki.

Każdy kto choć raz się odchudzał, dobrze wie, że często sadełko gubimy wszędzie, tylko nie w miejscach, na których nam najbardziej zależy. Z tym problemem poradzi sobie jednak specjalny komputer, który wysyła prądy stymulujące pracę mięśni.

Grubasów przestrzegano przed zgubnymi skutkami obżarstwa.

– Otyłość bierze się z nadmiaru pożywienia, jego nieprawidłowego składu i braku ruchu. Tylko nieliczne przypadki nadwagi są spowodowane zmianami hormonalnymi – pouczał puszystych lekarz Wojciech Szendzikowski, również puszysty.

Grubasom polecano kluby, gdzie mogą uprawiać aerobik, callanetics, aerobik w wodzie, tai chi oraz ćwiczyć na siłowni.

– Bez ruchu nie ma zdrowego odchudzania. Ruch jest lekiem. Kto nie chce ograniczyć jedzenia, niech choć ćwiczy, a wtedy będzie zdrowym grubasem – przestrzegała Henryka Łyczko, szefowa Klubu Puszystych. – Osobom z nadwagą proponuję wczasy bez wyjazdu. Każdy (również dzieci), kto w czerwcu lub lipcu zostanie w Łodzi może skorzystać z dwutygodniowego programu i po cztery godziny dziennie ćwiczyć w naszym klubie.

Autor artykułu: (lb)

Prezydenta pomysły

May 8th, 2003

Na wczorajszej sesji łódzcy radni mieli dyskutować
o prezydenckim pomyśle podwyżki cen biletów MPK. Ale nie dyskutowali, bo nie mieli nad czym – Jerzy Kropiwnicki wycofał swój projekt, zewsząd zresztą krytykowany, także na łamach Expressu. Wczoraj przedstawiał za to swój program działania na najbliższe lata. I nie cztery, jak by wynikało z wyborczego kalendarza, ale na osiem. Bo też prezydent – jak sam stwierdził – spodziewa się rządzić Łodzią przez dwie kadencje.

Prezydent zaczął mowę od przypomnienia swego raportu o stanie miasta, odmalowującego Łódź w czarnych barwach – jako miasto podupadłe i zadłużone, nękane bezrobociem, w którym urzędnicy są niekompetentni i skorumpowani, a mieszkańcy nie czują się bezpiecznie. Potem było już optymistycznie. Bo prezydent zapowiedział wsparcie dla kupców oraz małych i średnich firm. Ma też zabiegać o inwestycje (także z Unii) i starać się dla Łodzi o rolę wielkiego centrum przemysłu odzieżowego i targów.

Mówił też m.in. o wdrożeniu programu „zero tolerancji” dla najdrobniejszych nawet wykroczeń, zmniejszeniu liczby uczniów w klasach gminnych szkół, bezlitosnej walce z korupcją i wyciągnięciu Łodzi z długów. Oraz o szybkim tramwaju na trasie Ozorków–Zgierz–Łódź–Pabianice. Po takim wstępie prezydenta łodzianie powinni biec po walizki, by czym prędzej uciekać z tego miasta – kręci głową Iwona Bartosik z SLD, wiceprzewodnicząca Rady Miejskiej.

– Potem było już lepiej. Widać, że prezydent kontynuuje działania swych poprzedników. Ale w przemówieniu są ogólne cele, brakło mi konkretów, na przykład o budownictwie mieszkaniowym.

– Popieramy prezydenta, bo jak tu nie popierać takich szczytnych celów jak zmniejszanie bezrobocia, poprawa bezpieczeństwa, czy lepsze szkolnictwo – mówi Paweł Frankowski, szef klubu radnych Samoobrony. – Niestety, zbyt wielu konkretów nie widzę…

– Liczymy, że dzięki współpracy faktem stanie się marzenie prezydenta, by żyło się nam radośniej – komentuje Adam Lepa, szef radnych Ligi Polskich Rodzin. – Trzeba tworzyć miejsca pracy i szukać oszczędności nie sięgając do kieszeni łodzian.

Autor artykułu: (kow)

Piwko pod parasolem

May 8th, 2003

Ponad 50 letnich ogródków gastronomicznych stanie w tym roku na ul. Piotrkowskiej. Będzie ich więcej niż w zeszłym sezonie. Kilkanaście już od kilku dni zdobi „Pietrynę”. Kolejne pojawią się w najbliższych tygodniach.

– Do tej pory wydaliśmy 46 pozwoleń. Część z nich już zrealizowano – mówi Leonarda Kleszcz z Wydziału Dróg Urzędu Miasta. – W zeszłym roku wydawaniem zezwoleń zajmowała się inna instytucja, a z ich dokumentów wynika, że w 2002 roku stanęło około 40 barów pod chmurką. Nadal przyjmujemy wnioski, a komisja, która przyznaje pozwolenia, zbierze się ponownie między 10 a 15 maja, by przyznać kolejne.

Ogródki, które stoją na łódzkich pasażach, np. Schillera, dostały pozwolenie z referatu komunalnego.

– Wydaliśmy pięć decyzji – mówi Zofia Nowak, kierownik.
Największe ogródki zajmą powierzchnię do 77 m2. W stosunku do najmniejszych ograniczeń nie ma. Mogą być zbudowane nawet z jedego stolika i parasolki.

– Najmniejszy ogródek na „Pietrynie” (28 m2) wystawiła arabska restauracja. Największy w Łodzi, blisko stumetrowy ogródek, stanie przed Teatrem Wielkim – dodaje pani Leonarda.

Ogródki już zdobyły oddanych klientów.

– Jeśli mam do wyboru wypić piwo wewnątrz lokalu, albo pod parasolem zawsze wybiorę to drugie – mówi Marek Gosławski, student bilogii. – To przyjemne siedzieć na słoneczku i cieszyć się wiosną.

Ogródki otwierane od południa są zamykane, gdy ostatni klient postanowi pójść do domu. Można w nich nie tylko napić się piwa.

– Serwujemy przekąski, np. czipsy, paluszki oraz sałatki i gorące kanapki – mówi pani Ania, barmanka.
Restauracje, które „wyszły na ulicę” podają klientom siedzącym wewnątrz i na zewnątrz lokalu to samo menu.

Autor artykułu: (aga)

Działka z grillem

May 8th, 2003

Sporą działkę z domkiem w Zofiówce, Jedliczach lub w Łyszkowicach można kupić już za 20–35 tys. zł. Na łodzian, którzy chcą uciec dalej od miasta, czekają tereny rekreacyjne z zabudowaniami w Redzeniu Starym koło Koluszek, w Warcie nad Jeziorskiem, albo w Nowogrodzie w pobliżu Łomży. Ceny są zróżnicowane, wynoszą od 55 tys. do nawet 560 tys. zł.

– Majówki z grillem u znajomych na letnisku sprawiły, że ludzie zapragnęli mieć własny kawałek ziemi. Klienci pytają o tereny w ładnej okolicy, położone nie dalej niż 35 kilometrów od miasta i nie droższe niż 60 tys. zł – mówi Zbigniew Siciński z jednego z łódzkich biur obrotu nieruchomościami.

Właśnie takich działek z domami jest do sprzedaży najwięcej. Są zlokalizowane np. w Rosanowie, Kolumnie, w okolicy Łasku czy Strykowa. Są także droższe „posiadłości”, nawet za 140 tys. – 220 tys. zł w Sokolnikach, Grotnikach, w Zelowie czy Chodeczy.

Nadal modne są siedliska, czyli tereny na wsi z domem, najczęściej do remontu. Wielu łodzian ucieka z miasta i osiedla się na jego obrzeżach. Szukają działek z domami letniskowymi, które można przystosować do całorocznego pobytu. Mniejszym powodzeniem cieszą się działki bez jakichkolwiek zabudowań, które trzeba od podstaw urządzić – ogrodzić, doprowadzić do nich prąd, wodę. Metr kwadratowy takiego terenu kosztuje 10–13 zł.

Działki rekreacyjne szybko nie stanieją.

– Ceny utrzymują się. Trudno jest je negocjować z właścicielami działek – informuje Magdalena Strzelecka, wiceprezes jednej z łódzkich agencji nieruchomości. – Liczą na to, że po ewentualnym wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej, ceny wzrosną. Tylko kto wtedy kupi takie działki, skoro teraz obowiązujące ceny są dla wielu klientów za wysokie.

Autor artykułu: (mr)

Wiadukt pod lupą

May 6th, 2003

Pierwsze próbki betonu z wiaduktu na ulicy Kopcińskiego trafiły do laboratorium drogowego. Drogowcy chcą się przekonać, w jakim stanie jest cała konstrukcja i jak długo jeszcze wytrzyma…

Wczoraj próbki pobierane były na wiadukcie – żeby się dostać do betonu z góry, trzeba było najpierw wyciąć fragmenty asfaltu. Materiał do badań ze spodniej części konstrukcji pobrano wcześniej. Pozostanie jeszcze wycięcie próbek nad torami kolejowymi. Wyniki będą znane w tym miesiącu. Od nich zależy, czy na wiadukcie wprowadzone zostaną kolejne ograniczenia ruchu.

Autor artykułu: (sim)

Porywają dla okupu

May 6th, 2003

Zanim zdecydują się zrealizować plany, starają się zgromadzić o swojej ofierze jak najwięcej informacji. Poznają jej harmonogram dnia, przyzwyczajenia, interesuje ich, jaki posiada majątek, samochody, trasy przejazdu i wiele innych spraw. Zasadzki przygotowują zwykle niedaleko miejsca zamieszkania osoby, którą zamierzają porwać.

Akcja w lesie

Do porwania 14-letniego Oriana, który na wakacje do Zgierza przyjechał z dalekiego Londynu, doszło w lipcu ubiegłego roku, gdy chłopiec w towarzystwie dwóch znajomych jechał mercedesem ul. Piątkowską w Zgierzu. W pobliżu ul. Piłsudskiego podjechało do nich audi i gdy samochody się zrównały, kierowca audi gwałtownie odbił w prawo.

Uderzył w bok wyprzedzanego samochodu i szybko odjechał. Mercedes pojechał jednak za nim. Audi skręciło w betonową drogę wiodącą do Malinki, wjechało później w las i zatrzymało się. Gdy podjechał mercedes, z audi wyskoczyli dwaj uzbrojeni mężczyźni, trzej inni wybiegli z zarośli. Wszyscy mieli zaciągnięte na twarz pończochy. Napastnicy powalili na ziemię kierowcę mercedesa, jego 14-letniego pasażera i skrępowali ich taśmą samoprzylepną.

Chłopcu zarzucili na głowę szmatę i zaciągnęli do swojego samochodu. Położyli go na podłodze przed tylnym siedzeniem i ruszyli z piskiem opon. Po 10 minutach kierowca mercedesa uwolnił się z więzów i powiadomił rodzinę porwanego dziecka.

Chłopiec w niewoli przeszedł prawdziwe piekło. Przez 18 dni był więziony w komórkach, piwnicach, wożony w bagażniku samochodu, bity i przypalany ogniem. Bandyci uwolnili go dopiero wtedy, gdy jego rodzina zapłaciła im 1 mln zł okupu. – Ustaliliśmy, że chłopca porwała cygańsko-polska grupa przestępcza. Podejrzewamy, że w jej składzie był m. in. kierowca mercedesa, który wiózł chłopca – mówi detektyw Waldemar Czerwiński, który na prośbę rodziców porwanego dziecka włączył się do negocjacji z porywaczami.

Grozili, że pójdzie „do piachu”

Bandyci zanim zdecydują się na popełnienie przestępstwa, przygotowują też samochody, którymi będą się poruszać, środki łączności, charakteryzacji, strój, broń oraz miejsce, w którym będą przetrzymywali swoją ofiarę. Wybór miejsca i godziny porwania nie jest bynajmniej przypadkowy. Jest to na ogół miejsce mało uczęszczane, które można opuścić w krótkim czasie.

27-letni Cygan z Pabianic porwany został na początku lutego tego roku z ul. Grota-Roweckiego w Pabianicach, gdy około godz. 18 wyszedł z siłowni w klubie „Włókniarz”.

Bandyci więzili go w budynku na odludziu, przez cały czas miał skute ręce i nogi. Jedzenie podawno mu w małych, plastikowych miskach. Faszerowany był lekami uspokajającymi i nasennymi.

Porywacze bili go i grozili, że „pójdzie do piachu”, jeżeli rodzina nie zapłaci okupu. Zanim dwudziestosiedmiolatek odzyskał wolność, stracił około 25 kg wagi.

– Osoba porwana jest zazwyczaj traktowana bardzo bezwzględnie. Przetrzymywana jest w zupełnych ciemnościach, głodzona, bita, ma skrępowane ręce i nogi. Przeżywa horror i gdy zostanie uwolniona, przez długi czas nie może odzyskać równowagi psychicznej – mówi detektyw Waldemar Czerwiński.

Zakonspirowane szajki

Porwaniami ludzi trudnią się przeważnie kilkuosobowe, świetnie zorganizowane szajki. Działają one w konspiracji. Zwykle tworzą je 25-30-letni mężczyźni, którzy mają już za sobą kilkuletni pobyt w więzieniu. W grupach obowiązuje hierarchia i podział ról.

Zadaniem jednych jest porwać ofiarę i przewieźć ją w miejsce, z którego zostanie przetransportowana dalej. Inna grupa ma bezpiecznie przewieźć ofiarę w miejsce, gdzie będzie przetrzymywana. Trzecia grupa zajmuje się pilnowaniem osoby porwanej. W skład czwartej wchodzą specjaliści od negocjacji.

Z rodziną porwanego bandyci zazwyczaj kontaktują się telefonicznie. Dzwonią z automatów wrzutowych lub telefonów komórkowych, których nie można zidentyfikować.

Do porozumiewania się z rodziną porwanego używają też kaset magnetofonowych. Nagrywają na nich instrukcje odnośnie postępowania i przekazania okupu. Kasety są podrzucane w różnych miejscach, np. w budkach telefonicznych, w urzędach pocztowych i w koszach na śmieci.

Zdarza się, że rodzina z obawy o życie porwanego, nie powiadamia policji i na własną rękę próbuje dogadać się z bandytami. Prowadzi to do eskalacji żądań. Po zapłaceniu okupu rodzina zwykle musi płacić ponownie, nie mając pewności, czy porwany żyje i odzyska wolność.

„Fakuś” i jego banda

Jeszcze do niedawna czterdziestokilkuletni „Fakuś”, spędzał sen z oczu łódzkim policjantom. Wpadł, gdy z kompanami porwał właściciela stacji benzynowej w Chechle koło Pabianic.

Biznesmen został uprowadzony trzy lata temu ze swojej stacji paliw. Trzej ubrani na czarno sprawcy podjechali starym żukiem na kaliskich numerach rejestracyjnych, wciągnęli go do auta i odjechali w nieznanym kierunku.

Sprawą początkowo zajęła się Komenda Powiatowa Policji w Pabianicach, później Wydział Kryminalny Komendy Wojewódzkiej. W Sokołówce koło Tomaszowa Mazowieckiego zatrzymano opla rekorda, którym jechał „Fakuś”. Na tylnym siedzeniu auta leżał zakuty w kajdanki właściciel stacji benzynowej. Na głowę miał zarzucony worek. Wyglądał jak szkielet.

Bandyci więzili go w drewnianym domku na terenie gospodarstwa rolnego we wsi koło Żelechlinka. Za jego uwolnienie żądali kilkaset tysięcy dolarów.

Autor artykułu: (em)

Biją opiekunki kotów!

May 6th, 2003

W Łodzi narasta niechęć wobec osób, które opiekują się bezdomnymi kotami. Jedna z „karmicielek” została pobita przez trzech mężczyzn, drugą zamknięto w piwnicy, a na „straży” postawiono… rottweilera!

Daniela Matray, prezes łódzkiego oddziału Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Polsce we wtorek o 21.50 weszła do piwnicy w kamienicy przy ul. Gdańskiej 106, aby nakarmić kotkę. Robi to od lat. Tym razem gdy chciała wyjść, napotkała zatrzaśnięte drzwi. Na zewnątrz stał mężczyzna z psem – rottweilerem.

– Gdyby nie telefon komórkowy, przesiedziałabym tam chyba do rana. Zadzwoniłam na policję. Potem ten człowiek wykręcał się, że wziął mnie za złodzieja. A przecież nie byłam tam po raz pierwszy, widział mnie już wielokrotnie – opowiada Daniela Matray.

Dzień wcześniej, jeszcze gorsza przygoda spotkała inną działaczkę Towarzystwa na Widzewie. W piwnicy czteropiętrowego bloku przy ul. Gorkiego poturbowało ją trzech mężczyzn. Dziś ma rękę w gipsie, stłuczone ramię i klatkę piersiową.

– Administracja zakratowała okienka, tak że koty nie mogą stamtąd wyjść. Od jednego z lokatorów dostałam klucz od piwnicy i dokarmiam je dwa razy dziennie. Nie wszyscy to akceptują. Kilka razy nawet mi grożono – mówi rencistka z Widzewa (boi się ujawnić z powodu zemsty). – Dochodziła 21.30, zdążyłam tylko zejść do piwnicy, a już za moimi plecami stanęło trzech lokatorów. Złapali mnie i wezwali policję. Ta przyjechała po ponad godzinie. Przez ten czas lżyli mnie od najgorszych. Jeden uderzył mnie z całej siły pięścią w klatkę piersiową. Porwali mi kurtkę, złamali palec u prawej ręki. Gdy przyjechała policja i dowiedzieli się, że mogę dokarmiać koty, rozeszli się wciąż mnie wyzywając.

Nazajutrz kobieta złożyła doniesienie na policję. Prawdopodobnie sprawa trafi również do prokuratury.

– Jesteśmy przerażeni. Nie rozumiemy skąd bierze się tyle agresji, nienawiści i nietolerancji wobec kotów i ich opiekunów – mówi Daniela Matray.

– A w naszym brudnym mieście potrzebne są przecież koty, które tępią szczury i myszy.

Jak twierdzą członkowie Towarzystwa, w ciągu ostatnich dwóch lat w naszym mieście ofiarą nienawiści wobec kotów padło już kilkanaście zwierząt. Najbardziej wstrząsający przypadek zdarzył się na Widzewie, gdzie małego kota spalono żywcem. Inne były trute, szczute psami lub miały łamane łapy.

– Zabiegamy u władz miasta, aby został powołany miejski inspektor ds. zwierząt – dodaje D. Matray. – Rada Miejska przeznacza co prawda pieniądze na dostarczanie kotom tabletek antykoncepcyjnych w jedzeniu, ale te działania nie przyniosą efektów, jeśli mieszkańcy będą to uniemożliwiać.

Autor artykułu: Mirosław Malinowski

Teatr Nowy jak twierdza

April 30th, 2003

Państwowa Inspekcja Pracy musiała wkroczyć do akcji, by pracownicy Teatru Nowego mogli wczoraj wejść do budynku. Drzwi pilnują ochroniarze i uzgadniają z p.o. dyrektorem Januszem Michalukiem, kto może przekroczyć bramę. A ponieważ nie było dyrektora, więc nie wpuszczono dziennikarzy, by oświadczenie mógł złożyć Tadeusz Bradecki. Znakomity reżyser, którego zespół rekomendował prezydentowi jako kandydata na szefa artystycznego, zgodnie z ustaleniami z Kazimierzem Dejmkiem miał przygotować “Kopenhagę” M. Frayna. Zjawił się wczoraj w Łodzi, by oświadczyć, że “w obecnej sytuacji podejmowanie się pracy byłoby sankcjonowaniem obecnego stanu rzeczy”. – Nie miałem podpisanej żadnej umowy – mówił. – Jest mi ogromnie przykro wobec aktorów. Miałem okazję spotkać się z panem Michalukiem, apelowałem, żeby nie przechodził do historii polskiego teatru jako deratyzator.

Co dalej w Nowym i z Nowym? Spektakle wciąż się odwołuje. Straty rosną.

Tymczasem nieakceptowany szef artystyczny Grzegorz Królikiewicz poniósł podwójną klęskę. Widowisko “Konstytucja 3 Maja” nie tylko nie pogodziło go z zespołem Nowego, ale w ogóle nie dojdzie do skutku. Ponieważ jednak część umów została podpisana, więc koszty będą, a sponsorzy się wycofali.

Autor artykułu: (rs)

Echa zbrodni przy ul. Radwańskiej

April 30th, 2003

Jak to możliwe, że objęty nadzorem kuratora 29-letni Krzysztof N. zabił swoje dzieci i nikt przez tyle czasu o tym nie wiedział? Dlaczego żadna instytucja nie zapobiegła tragedii?

Iwona Cieniak, wicedyrektor Szkoły Podstawowej nr 49, do której powinny uczęszczać zamordowane bliźniaki przekonuje, że szkoła przez cały czas interesowała się tym, dlaczego chłopcy się nie uczą.
- Wysyłaliśmy zawiadomienia do rodziców, pracownik szkoły chodził do nich, ale nigdy nikogo w domu nie było. Pisaliśmy też do policji z prośbą o interwencję.

Witold Kozicki, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi uważa, że policjanci dobrze wywiązywali się ze swoich obowiązków.
- Funkcjonariusze odwiedzali mieszkanie tej rodziny czterokrotnie: dwa razy na zlecenie szkoły i dwa na zlecenie sądu – mówi. – Niestety, nikt nie otwierał drzwi. Sam podejrzany nie był tam meldowany, oficjalnie mieszkał w okolicach Warszawy. Sąsiedzi sugerowali, że dzieci mogą przebywać u babci. Siłą wejść tam nie mogliśmy, gdyż nie było do tego podstaw.

- Krzysztof N. miał dwie sprawy: jedną w wydziale karnym, drugą w rodzinnym i spraw nieletnich – powiedziała na wczorajszej konferencji prasowej prezes Sądu Okręgowego w Łodzi Ewa Chałubińska. – Za znęcanie się nad synem w 1997 roku skazano go na 2 lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat. Orzeczono też nadzór kuratora. Nieżyjąca już pani kurator uznała, że rodzina rokuje szanse na poprawę: państwo N., którzy dotąd żyli w konkubinacie wzięli ślub, dzieci były zadbane, ojciec rodziny chwytał się różnych prac. Ostatni zapis w notatce służbowej kuratora pochodzi z 19 września 1999 roku i wskazuje na to, że dzieci jeszcze wówczas żyły. Po jej śmierci sprawę przejął inny kurator, który nigdy nie mógł zastać nikogo w domu. W 2000 roku wydał wniosek o to, by dzieci umieścić w placówce wychowawczej (do tej pory rodzice mieli ograniczone prawa rodzicielskie).

Pani prezes zapowiedziała, że wystąpi do zastępcy rzecznika dyscyplinarnego o wszczęcie czynności wyjaśniających, czy sędzia sądu rodzinnego, który rozpatrywał wniosek kuratora, naruszył prawo.

Autor artykułu: (mgr)

220 wakatów w komendzie wojewódzkiej – Żołnierze wzmocnią policję?

April 30th, 2003

Wczoraj szef Ministerstwa Obrony Narodowej Jerzy Szmajdziński i Antoni Kowalczyk, komendant główny Policji podpisali umowę o współpracy i przyjmowaniu do służby byłych żołnierzy zawodowych. Do policji zostanie przyjęty każdy wojskowy, który będzie miał określone predyspozycje, odpowiedni stan zdrowia i kwalifikacje.

Największe szanse mają pirotechnicy, prawnicy, logistycy, łącznościowcy, informatycy oraz żandarmi. Policja w wojewódz-twie łódzkim ma ok. 220 wakatów (w całym kraju ok. 3800). W tym roku z polskiej armii ma zostać zwolnionych ok. 7 tys. oficerów.

- Najbardziej potrzebujemy ludzi do patrolowania ulic – powiedział nadinspektor Jacek Staniecki, komendant wojewódzki Policji w Łodzi. – Nie wykluczam jednak że odpowiedni wojskowi fachowcy mogą znaleźć pracę.

Autor artykułu: (dag)